Narodziny Michałka

Michaś planowo miał się urodzić w Dzień Kobiet :) Ale postanowił, że będzie spóźnionym prezentem urodzinowym swojego Taty i przyszedł na świat 2 marca o godzinie 12:50. Urodziłam w Szpitalu Wielospecjalistycznym w Gliwicach.

W szpitalu wylądowałam już kilka dni wcześniej, 27 lutego (czyli w urodziny Męża). Rano miałam umówioną wizytę u lekarza prowadzącego, a akurat tak się złożyło że Michałek jak nigdy przez całą noc i poranek nie poruszył się i wspomniałam o tym podczas wizyty. Po nieudanych próbach obudzenia Synka dostałam skierowanie do szpitala, tak na wszelki wypadek, ponieważ serduszko biło jak należy i wszystko było ok, poza tym jednym - wielkim lenistwem ;)

Już na izbie przyjęć jak leżałam podpięta pod KTG Michaś zaczął fikać, jednak bardzo miła pani doktor, która mnie przyjmowała stwierdziła, że zostawi mnie na kilka dni na obserwację.

I tak znalazłam się na patologii ciąży - oddziale, którego chciałam uniknąć. Przyjęto mnie w czwartek, a że czułam się dobrze i Michaś kopał jak zwykle chciałam wyjść już w sobotę na własne żądanie. Akurat obchód miała moja lekarka prowadząca ciążę. Niestety w weekendy nie ma wypisów i miałam czekać do poniedziałku.

Mocno zawiedziona zjadłam szpitalną kolację około 18:30 i przygotowywałam się psychicznie na nudną niedzielę. Ale o 19 poczułam się dziwnie i poleciałam do toalety. Zobaczyłam odrobinę krwi. Zaliczyłam kilka takich kursów do toalety raz po raz, aż wracając do sali natknęłam się na obchód wieczorny. 

Znów to była moja lekarka - miała mieć też dyżur w nocy. Mówię jej co i jak, poprosiła mnie na badanie, okazało się, że to sączą się wody płodowe. W związku z tym zostałam zaproszona na porodówkę :)

Mój Szymon na szczęście jeszcze wtedy był w szpitalu - poprosiłam, żeby coś mi jeszcze przyniósł przed nocą. Zapakowaliśmy moje manatki, dziewczyny z sali stwierdziły, że jak na rodzącą to świetnie wyglądam, pożegnałam się, życzyły mi powodzenia i ruszyliśmy z Mężem na porodówkę.

Na początku zostałam podpięta do KTG, leżałam dość długo, bo skurcze z początku były dość słabe, a ja nie chciałam oksytocyny. Jak położne mnie odpięły to poszłam pod prysznic - miałam tam piłkę do skakania, a Mąż krzesełko obok prysznica.

Po wyjściu spod prysznica badanie - 3 cm. Zgodziłam się wtedy na lewatywę (okazało się, że strach ma wielkie oczy), która w magiczny sposób podziałała na mnie w dwie strony - musiałam mieć przed sobą kosz na śmieci w toalecie ;)

Potem zwolniła się wanna, więc powiedziałam, że chciałabym z niej skorzystać. Po niecałej godzinie badanie - 5 cm. I akcja porodowa zaczęła jakoś kuleć. Dostałam jakiś zastrzyk na skurcze, skakałam na piłce, prosiłam o znieczulenie, ale położne zwodziły mnie, ze zaraz dostanę i nic. Zaproponowały mi gaz, ale po jednym wdechu zrobiło mi się niedobrze, więc zrezygnowałam z niego.

Ciągle było 5 cm, więc spytałam czy mogę wrócić do wanny - mogłam. Drugi pobyt w wannie przyniósł i ukojenie, bo ciepła woda łagodziła świetnie ból, i postęp, bo jak położna kazała mi wyjść to okazało się, że jest 8 cm. Była wtedy chyba 4 nad ranem.

Byłam jednak tak wymęczona i obolała, że w końcu dostałam znieczulenie. Anestezjolog, bardzo miła pani doktor, najpierw spytała położne dlaczego tak późno ją zawołały, potem ustaliłyśmy, że dostanę tylko jedną dawkę zzo w kręgosłup, ze względu na duże już rozwarcie.

Tuż przed znieczuleniem dostałam kroplówkę z oksytocyną. Po zastrzyku zostałam podpięta do KTG, skurcze na chwilę ustały a mnie udało się zdrzemnąć na jakąś godzinę i odzyskać trochę sił. Akcja wróciła jak znieczulenie prawie przestało działać, ale miałam więcej energii.

O 7 rano zmieniły się położne - przyszła przesympatyczna położna, która była przy mnie praktycznie cały czas, a przynajmniej ja miałam takie odczucie. Około 10 wreszcie mogłam zacząć przeć.

Później okazało się, że pępowina była bardzo krótka i wciągała Michasia z powrotem, nagle zrobiło się koło nas bardzo tłoczno i w końcu lekarz naciskając na brzuch pomógł mi wypchnąć Michasia na ten świat.

Na drugi dzień żartowałyśmy z moją lekarką, że "nie zdążyłam" urodzić na jej dyżurze - skończyła o 10 lub 11, a ja urodziłam o 12:50. Bezpośrednio po urodzeniu Synka spędziliśmy 2 godziny na sali poporodowej. Michaś ważył 3920 g i mierzył 55 cm. I w czasie badania obsikał lekarkę ;)

Następnie zostałam przewieziona na oddział, Synek był cały czas ze mną, poza 15 minutami gdy wzięto go na szczepienie i panie położne ubrały go. Spędziliśmy na oddziale trochę ponad dwie doby i we wtorek wyszliśmy do domu. Bardzo dobrze wspominam te dwa dni - położne do rany przyłóż, pomagały jak mogły, nauczyły mnie przystawiać Michałka do piersi, zaglądały w nocy gdy Synek płakał co się dzieje i czy sobie radzę.

Bardzo się cieszę, ze zdecydowaliśmy się z Mężem rodzić razem. Nie wiem czy poradziłabym sobie bez Niego. Pomógł mi też dużo - masował plecy, jak byłam w wannie to polewał dodatkowo prysznicem, i po prostu był ze mną przez te wszystkie godziny co było największym wsparciem. Podawał mi wodę, na koniec przeciął pępowinę i przywitał razem ze mną naszego Synka.

Prawdą też jest, że gdy dostaje się swoje Maleństwo na brzuch, takie ciepłe i cudowne, to natychmiast zapomina się o całym zmęczeniu, bólu i trudach porodu. Nagle zaczyna się liczyć tylko i wyłącznie ten maleńki cud - Dziecko.

Na pewno poród do łatwych nie należy, ale też nie było tak źle - nie mówiłam "nigdy więcej" i chciałabym, jeśli będziemy mieli to szczęście mieć jeszcze jedno Maleństwo, też urodzić siłami natury. Koleżanka z patologii ciąży miała cesarkę i na drugi dzień gdy byłam ją odwiedzić, to wcale nie wygląda za ciekawie i sama mówiła, że jest ciężko.

A to pierwsze zdjęcia naszego Synka ze szpitala (robione telefonem, więc jakość kiepska):


Na początku panie położne ubrały Michałka w szpitalne ubranka, bo nie wyciągnęłam wcześniej naszych - jakoś tak z zaskoczenia urodziłam ;)