Jak schudłam po ciąży

Przed ciążą ważyłam zdecydowanie za dużo. Aż 71 kg, które mocno rzucały się w oczy. Najśmieszniejsze jest to, że patrząc w lustro mówiłam sobie ,że nie ma jeszcze tragedii, nie wyglądam tak strasznie. Ale jak dziś patrzę na swoje zdjęcia z tamtego okresu to widzę, że było strasznie. Nawet bardzo ;)


Na tym zdjęciu byłam już w ciąży, ale gdzieś w 10-11 tygodniu i jeszcze nic nie było widać, ani nie miałam plusowych kilogramów. W 17 tygodniu ciąży nadal nie miałam nic na plusie i miałam cichą nadzieję, że może nie przytyję jakoś super dużo - biorąc pod uwagę moją początkową wagę wystarczyłoby jakieś 9 kilo.

Jednak marzenia marzeniami a rzeczywistość potrafi być jak kubeł zimnej wody. W dzień porodu ważyłam 91 kg, najwięcej w swoim życiu. Przybyło mi 20 kilo. Zaczynałam się już bać jak to zrzucę. Generalnie w ciąży unikałam zdjęć jak ognia, ale na tydzień przed rozwiązaniem sama sobie zrobiłam fotkę z profilu, żeby po latach powspominać ;) Albo mieć kiedyś porównanie gdy będę w drugiej ciąży..



Michaś urodził się z wagą 3920 g. W szpitalu się nie ważyłam, ale po powrocie do domu waga pokazała 82 lub 83 kilogramy, nie pamiętam już dokładnie. Ponieważ karmię piersią to uważałam co jem - zauważyłam, że po smażonym Michaś ma bolesne wzdęcia i problemy z gazami, więc zrezygnowałam z ciężkich potraw. Przez pierwsze tygodnie też całkowicie zrezygnowałam ze słodyczy. 

Po 3 tygodniach ważyłam już tyle co przed ciążą.



Na dzień dzisiejszy ważę 57 kilogramów i wyglądam tak:




Jednak utrata tych 34 kilogramów nie przebiegła do końca tak jak zaplanowałam. Owszem, trzymam się zdrowego odżywiania - głównie gotuję na parze, słodyczy zasadniczo unikam, choć w upały zdarza mi się zjeść lody, piję głównie wodę niegazowaną lub sok jabłkowy robiony w domu. Ale nie mam takiej silnej woli, oj nie ;)

W trakcie ciąży już zdarzyło mi się kilka ataków bólu brzucha, ale myślałam że to kwestia tego, że żołądek ma coraz mniej miejsca. Po urodzeniu Michasia jednak ataki zaczęły się powtarzać. Poszłam do lekarza i okazało się, że jestem niezbyt szczęśliwą posiadaczką kamieni w woreczku żółciowym.

Diagnoza u dwóch różnych lekarzy jest taka sama: kamienie są małe, kwalifikuję się do usunięcia woreczka. Jest tylko jedno ale: karmię piersią, a po narkozie laktacja niemal na pewno ustanie. Operacja musi poczekać, aż zakończę karmienie, a póki co zostaje dieta.

Więc czy chcę czy nie chcę muszę trzymać dietę. Dodatkowo zażywam leki, które oczywiście można zażywać w trakcie karmienia, aby wyleczyć stan zapalny woreczka żółciowego (i to już na szczęście udało się osiągnąć). Spadek wagi jest dzięki temu znaczny ("dzięki" częstym atakom kolki wątrobowej, przez które nie mogłam jeść, a teraz przymusowej diecie), co mnie cieszy, jednak nie tak chciałam stracić zbędne kilogramy. 

Jem stosunkowo dużo, bo wrócił mi apetyt odkąd pozbyłam się tego stanu zapalnego, ale na gotowanych na parze warzywkach czy chudym mięsie nawet w dowolnych ilościach specjalnie nie da się przytyć. Szczególnie w trakcie karmienia piersią. Teraz muszę poćwiczyć trochę, żeby ciało odzyskało jędrność - po takiej utracie wagi, nie ma się co czarować, super nie jest, ale na szczęście skóra nie wisi na mnie jak na wieszaku.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy poznałam mojego Męża, ważyłam tyle co teraz, i strasznie marudziłam, że jestem za gruba i muszę schudnąć. A ważąc 70 kilo, mówiłam sobie, że jeszcze nie jest źle ;) Teraz doceniam w pełni powrót do wagi sprzed 7 lat i rozmiaru 36/38 i polubiłam się z sukienkami (których wcześniej nie nosiłam, bo byłam "za gruba").